Z niecierpliwością czekałam na ostatni punkt piknikowego programu, czyli na koncert zespołu Janka Młynarskiego. Sala była nabita. Kapela zaczęła grać – melodie i słowa piosenek znali wszyscy; śpiewaliśmy je przecież przy ogniskach na obozach wędrownych, na spływach kajakowych. Ale nie tylko dobór repertuaru to sprawił, że natychmiast zapanowała atmosfera szczególnej swobody – takiej bez konwenansów, takiej, że dwoje szkrabów zaczęło pląsać, a raczej podskakiwać w rytm i turlać się przed orkiestrą.
Pierwszy raz słuchałam Janka Młynarskiego na żywo i jestem zdania, że nagrania nie oddają nastroju, jaki wprowadza, sam zapowiadając, potem śpiewając. Występ był znakomicie przygotowany równie pod względem akustycznym. Piszę o tym, ponieważ często się zdarza, że niewłaściwie ustawiona aparatura nagłaśniająca powoduje zlepienie dźwięków, które do słuchacza docierają jak strumień lawy. A tu – słyszałam każdy instrument, każde słowo tekstu i każdą nutkę. Słuchałam z przyjemnością, bo ożyły stare teksty, obudziły się melodie – była nostalgia, był żart, były cienkie, lecz czytelne aluzje.
W pewnej chwili nie tylko szkraby, porwane muzyką, hasały, lecz cała widownia zaczęła śpiewać, złożono ostatnie rzędy krzeseł, aby zrobić miejsce to tańca.
Było po prostu cudnie.
Pamiętam, ze w starym budynku szkoły w sali gimnastycznej, zwanej Olimpem, z powodu zdobiących ją fresków o tematyce mitologicznej, stał fortepian. Podczas przerwy śniadaniowej Wojtek Młynarski siadał do instrumentu i zaczynał grać, podając rytm:
– Dżez baburiba…
Podchwytywaliśmy, odpowiadając echem:
– Dżez baburiba…
I tańczyliśmy aż do dzwonka wzywającego na lekcję.
Jak widać – tradycja przechodzi z pokolenia na pokolenie.
Barbara Walicka