Wspomnienie o Julii Hoser Krauze

Julia Hoser Krauze Julia Hoser Krauze, absolwentka Liceum Ogólnokształcącego im. T. Zana, urodziła się 2 maja 1941 roku w Warszawie. Była córką Janusza Henryka Hosera i Haliny Ireny z d. Zabłońskiej. W roku 1944 straciła ojca zamordowanego, członka AK, w czasie Powstania Warszawskiego na Woli, na dziedzińcu fabryki Franaszka. Wraz z nim zginął dziadek Henryk Hoser (NSZ). Ciał nie znaleziono.

Wraz w matką i młodszym bratem Henrykiem uratowała się przebywając w tym czasie w Podkowie Leśnej. Tułaczka popowstaniowa wiodła przez Kraków i Rabkę, by skończyć się w Śremie Wlkp. w 1946 r. Tam uczęszczała do dwóch klas szkoły podstawowej. Mieszkała wraz z bratem i ciotką Urszulą w folwarku Kawcze na leżącym do babci po kądzieli, Marty Zabłońskiej. Matka Halina dojeżdżała z Warszawy, gdzie odbudowywała Firmę Braci Hoser.

W 1949 roku wraz z najbliższą rodziną zamieszkała w Żbikowie, przygarnięta przez jej stryja Piotra Hosera i jego siostry, właścicieli znanych "Szkółek Żbikowskich". Naukę szkolną kontynuowała w szkole podstawowej im. Marii Konopnickiej przy ul. Narodowej 26 w Pruszkowie. W 1954 roku rozpoczęła naukę w Liceum im. Tomasza Zana, do którego uczęszczały kolejne pokolenia Hoserów. Jej ukochaną profesorką była niezapomniana P. Maria Anterszlak, historyk. Działała w ZHP odrodzonym po odwilży 1956 roku i w Szkolnym Kole PTTK. Panią Profesorką opiekowała się w jej ostatniej chorobie; była zawsze wrażliwa na ludzkie cierpienie.

Po zdanej maturze Julia Hoser rozpoczęła studia w 1958 roku na Wydziale Ogrodniczym SGGW. Zamieszkała wówczas wraz z matką i bratem w Warszawie na Rakowcu, gdzie do czasów powojennych były zakłady ogrodnicze selekcji odmian i nasion likwidowanej przez komunistów Firmy Braci Hoser. W ten sposób została kolejną studentką i absolwentka uczelni z tej samej rodziny pochodzenia. Zainteresowana przez matkę (inż. rolnictwa) zajęła się genetyką roślin w Katedrze Genetyki Roślin u prof. Heleny Bańkowskiej, u której pisała doktorat i habilitację na podstawie własnych doświadczeń genetycznych.

Od 1964 była pracownikiem naukowym w Instytucie Warzywnictwa w Skierniewicach. Tak wspominają ją koledzy: "długoletni pracownik naukowy, związany z Instytutem Warzywnictwa w Skierniewicach od 1964 do 1994 roku. Wielki autorytet moralny i naukowy. Całe swoje życie zawodowe poświęciła problematyce z dziedziny genetyki i hodowli roślin warzywnych, jednocześnie służąc swoją ogromną wiedzą wszystkim Koleżankom i Kolegom. Autorka wielu zagranicznych i krajowych monografii i publikacji naukowych. Była człowiekiem wielkiej wiary, uczciwym, o wrażliwym sercu, otwartym na potrzeby innych, zawsze kierującym się w życiu prawdą. Wielka społeczniczka, współtworzyła założycielską grupę NSZZ "Solidarność" przy Instytucie Warzywnictwa. Pozostanie w naszej pamięci jako skromna, pogodna i życzliwa Koleżanka". Po ukończeniu studiów Julia Hoser, w 1967 została żoną Eugeniusza Krauze, z którym doczekała się trojga dzieci i dziesięciorga wnuków. Wychowanie dzieci, to była jej druga i dominująca pasja życiowa. Dla niej skończyła przedwcześnie pracę zawodową i dawała z siebie wszystko, by dzieci i wnuczęta otrzymały dobre wychowanie i wykształcenie. Domatorka, ale utrzymująca wiele kontaktów, poświęcała się bez reszty pielęgnacji starszych osób w rodzinie i żadne posługi nie były dla niej obce. Miała silną osobowość i charakter. Jako weredyczka wszystkim mówiła prawdę "w oczy", nie zważając na konsekwencje i z wielką siłą przekonania.

Zachorowała wreszcie na nieuleczalną chorobę neurologiczną, wyniszczającą i pozbawiającą kolejnych funkcji fizjologicznych. Odmawiała uporczywej terapii i jak całe życie, tak i chorobę powierzała Bogu, jej najwyższej wartości i celowi. Tę wiarę potrafiła zaszczepić swoim najbliższym. Taką znałem, jako moją Siostrę. Abp Henryk Hoser SAC.

Wspomnienie o ś. p. Annie Rybarczyk

Anna RybarczykAnna Rybarczyk, z domu Jastrzębiec-Mączyńska, urodziła się w Warszawie 14 września 1940 r. Matką jej była Maria Mączyńska z domu Moraczewska, dr fizyki i pracownik naukowy Politechniki Warszawskiej, ojciec Maciej Jastrzębiec-Mączyński, późniejszy profesor Politechniki Warszawskiej. Rodzeństwo Anny to Maciej urodzony w roku 1937, oraz Wojciech urodzony w lipcu 1944. Do roku 1944 mieszkała z rodzicami w Warszawie. W lipcu 1944 roku przed Powstaniem Warszawskim mając lat 4 wyjechała z bratem Maciejem, wtedy lat 7, na wakacje pod Warszawę w okolice Wołomina. Wybuch Powstania Warszawskiego 1 sierpnia 1944 roku odciął ją z bratem od Warszawy. Uznano że rodzeństwo straciło w wojnie rodziców i przez rok byli oni adoptowani przez dwie rodziny w Wołominie. Dopiero pod koniec roku 1945 odnaleźli ich rodzice. W 1946 Ania mieszkała w Krakowie, gdzie w grudniu 1946 zmarła jej matka, Maria Mączyńska. Potem z ojcem Maciejem Mączyńskim i rodzeństwem przeniosła się do Pruszkowa, gdzie przebywała aż do śmierci w 2014 roku. Szkołę podstawową ukończyła w Szymanowie w Domu Sióstr Niepokalanek. Następnie uczęszczała do Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, gdzie w roku 1958 zdała maturę. Potem ukończyła Wydział Inżynierii Sanitarnej i Wodnej Politechniki Warszawskiej, gdzie w roku 1964 uzyskała tytuł magistra inżyniera. Przez całe swoje życie zawodowe pracowała w Biurze Projektów Budownictwa Wodnego BIPROWOD jako specjalistka od analizy wody i ścieków oraz przy budowie i kontroli wielu oczyszczalni ścieków, w kraju i zagranicą. W BIPROWODZie pracowała też dalej po przejściu na emeryturę w roku 2000. W roku 1984 wyszła za mąż za ś.p. Tadeusza Rybarczyka. Ślubu udzielał im ks. Henryk Hoser, późniejszy arcybiskup metropolita warszawsko-praski. Kontakt z rodziną Hoserów został nawiązany w roku 1956, jak wdowiec ojciec Maciej Mączyński ożenił się z Urszulą Zabłońską, siostrą Haliny Hoser, matki Henryka i ś.p. Julii HoserKrauze. Kontakty z Henrykiem Hoserem były bardzo bliskie, ponieważ Anna chodziła do liceum do tej samej klasy co Julia Hoser, siostra Henryka. Henryk Hoser też kończył Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Również kontakty z rodzina Hoserów były i są bardzo bliskie, ponieważ Urszula przybrana matka Anny w dalszym ciągu żyje i w tym roku kończy 99 lat. Ś.p. Anna Rybarczyk zmarła po ciężkiej chorobie 24 czerwca 2014 roku, jest pochowana na Cmentarzu Północnym w Warszawie. Mszę żałobną za ś.p. Annę odprawiał Arcybiskup Henryk Hoser.

(wspomnienie to opracował brat- Maciej Mączyński)

Dr. nauk med. Leszek Wojtulewicz

Leszek WojtulewiczOdszedł od nas 6 grudnia 2014 roku i bez przesady można powiedzieć, że pacjenci stracili w osobie doktora troskliwego opiekuna, szczerze zainteresowanego losem chorych. Wrażliwy, troskliwy i wyrozumiały z poczuciem empatii traktował swoją pracę jako powołanie, a nie tylko zawód, toteż wszędzie, gdzie pracował, a pełnił swą służbę w wielu placówkach służby zdrowia, był popularny, otoczony uznaniem wielu pacjentów.
Pruszków był Jego rodzinnym miastem, gdzie urodził się i związał na całe życie. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej im. T. Kościuszki został naszym Kolegą, był uczniem Liceum Ogólnokształcącego im. Tomasza Zana i otrzymał w 1952 roku Świadectwo Dojrzałości z wyróżnieniem. Po maturze rozpoczął studia na Akademii Medycznej w Warszawie i Dyplom Lekarza uzyskał w 1958 roku, jeszcze przed jej ukończeniem założył rodzinę. Poślubił Koleżankę ze studiów, Barbarę, która jako lekarz specjalista psychiatrii została ordynatorem szpitala w Tworkach.
Leszka wybraną dziedziną medycyny były choroby wewnętrzne i w tej dziedzinie szkolił się otrzymując I stopień specjalizacji w Szpitalu Miejskim w Pruszkowie na oddziale kierowanym przez dr. Edwarda Steffena - juniora, a II stopień uzyskał w 1969 roku w Klinice Gastrologicznej w Warszawie kierowanej przez prof. Edwarda Rużyłło .
Jako specjalista został ordynatorem Oddziału Chorób Wewnętrznych Szpitala Miejskiego w Pruszkowie. Po uzyskaniu w 1975 roku tytułu doktora nauk medycznych był ordynatorem Oddziału Chorób Wewnętrznych szpitala przy ul. Kasprzaka w Warszawie i na stanowisku tym pracował do 1987 roku. W tym samym roku po uzyskaniu specjalizacji z kardiologii prowadził Ośrodek Intensywnej Terapii Kardiologicznej przy szpitalu im. Kasprzaka w Warszawie i od 1994 roku był ordynatorem Oddziału Rehabilitacji Kardiologicznej w Instytucie Kardiologicznym w Konstancinie.
W 2000 roku przeszedł na emeryturę nie rezygnując z pracy zawodowej w pruszkowskich Spółdzielniach Lekarskich , prowadził też praktykę prywatną. Uprawiał swój ulubiony zawód jeszcze przez 4 lata, potem całkowicie oddał się opiece nad niepełnosprawną żoną, Barbarą, która po wypadku samochodowym wymaga całodobowej opieki. Tę serdeczną posługę pełnił do końca swoich dni.
Wszyscy kiedyś odejdziemy, szkoda każdego życia, bo jest jedyne, niepowtarzalne, ale najbardziej żal jest tych, którzy przez całe swoje życie dawali z siebie coś drugiemu człowiekowi. Wielka szkoda, że nie ma już doktora wśród nas.

Barbara Łosiewicz- Ratyńska
matura 1953

Dr LESZEK WOJTULEWICZ PRZYJACIEL Z DZIECIŃSTWA

Moje wspomnienie o Leszku sięga czasów już bardzo odległych, ale radosnych, bo dzieciństwa. Byliśmy prawdziwymi przyjaciółmi przez cały okres nauki w szkole powszechnej im. Tadeusza Kościuszki (obecnego liceum). Zasiadaliśmy w jednej szkolnej ławce, a po szkole On był częstym gościem u mnie na ul. Cedrowej (teraz Obrońców Pokoju), ja u Niego na ul. Drzymały. Różniliśmy się co prawda charakterami, On bardziej poważny, ja "rozbrykany", ale widać ta różnica nam nie przeszkadzała we wzajemnej sympatii. Myślę, że wzór zarówno Jego, jak przede wszystkim Jego Rodziców, miał duży wpływ na opanowanie przeze mnie zasad "dobrych manier". W moich oczach zarówno Jego Mama, jak i Ojciec, byli ludźmi bardzo opanowanymi i wymagającymi tak od Siebie, jak i od innych. Pamiętam, że odczuwałem przy Nich wielką nieśmiałość. Chyba dobrze maskowałem przed Nimi to moje "rozbrykanie", skoro nie mieli zastrzeżeń do mojej z Leszkiem przyjaźni. Dodam na marginesie, że Ojciec Leszka był jednym z byłych maturzystów Gimnazjum i Liceum im. T. Zana, którzy "zasieli" ideę powołania Towarzystwa Absolwentów.
Razem po skończeniu siódmej klasy, zaczęliśmy pobierać dalsze nauki właśnie w tym gimnazjum. Tutaj jednak nasze wspólne dzieje się rozeszły. Leszek zaczął uczęszczać do klasy humanistyczno-przyrodniczej o "kryptonimie" A, ja do matematyczno-fizycznej- B. Teraz to śmieszne, ale wówczas obie te równoległe klasy żyły we wzajemnym antagonizmie z głupiego powodu : klasa "A" była lepsza od tej naszej "B" tak pod względem zachowania jak i ogólnego poziomu. Stawiano nam ją dodatkowo jako wzór do naśladowania, jak najbardziej słusznie, tyle, że sytuacja ta budziła w nas to jakże ludzkie uczucie nieuzasadnionej zawiści, co sprawiło, że w oczach moich kolegów z klasy "A" przyjaźnić się z kimś z klasy "B" było rzeczą naganną. W swoim nastoletnim życiu, nie znając jeszcze wartości prawdziwej przyjaźni, uległem tym głupim poglądom. Leszek też musiał, skoro nasza przyjaźń może nie tyle "umarła', co jednak uległa "hibernacji".
Później, po maturze, on studiując na Akademii Medycznej, ja na Politechnice Warszawskiej, też nie znajdowaliśmy wspólnych dróg. W dorosłym życiu każdy z nas poszedł odrębnym szlakiem. Nasze spotkania były bardzo sporadyczne. Za każdym jednak razem, kiedy do spotkania dochodziło, dziwiliśmy się temu, że spotykamy się tak rzadko i postanawialiśmy powrócić do bliższych kontaktów. Kończyło się to niestety tylko na zamiarach, bez realizacji. Ostatnio, kiedy odwiedziłem Go w szpitalu (też przez przypadek dowiadując się o Jego chorobie) postanowiliśmy, już bezwarunkowo, że po opuszczeniu szpitala, zadzwoni do mnie i tym razem na pewno się spotkamy. Tematem, który mieliśmy na tym spotkaniu rozwikłać, miał być powód, a właściwie zdarzenia losu, które spowodowały, że nasza dziecięca przyjaźń nie miała swej kontynuacji w dorosłym życiu. Wówczas w szpitalu stwierdziliśmy, że sprawa jest na tyle niejasna, iż wymaga dłuższego przedyskutowania. Obaj bowiem nie mogliśmy znaleźć racjonalnego powodu, dla którego nie pozostaliśmy przyjaciółmi przez całe życie. Niestety, tym razem znowu los zagrał nam na nosie! Leszek nie mógł z powodu stanu zdrowia do mnie zadzwonić, o czym ja dowiedziałem się już po czasie. Jakże prawdziwe jest to "upomnienie" księdza- poety Jana Twardowskiego: "Spieszcie się kochać ludzi! Tak prędko odchodzą".
Drogi Leszku, wierzę jednak, ze nasze spotkanie, tym razem już faktycznie bezwarunkowo, dojdzie do skutku. Musisz jeszcze tylko trochę poczekać na mnie.

Jurek Blancard
matura 1952

NIE MA ZOSI WŚRÓD NAS .

. [Rozmiar: 127675 bajtów]DO ZOSI
Świat nie skusił Cię mirażem łatwej sławy,
Przy wartościach swoich stałaś nieugięta
Choć los przyniósł więcej troski, niż zabawy
Gdy traciłaś szanse, prawdomówność była święta
Odeszłaś, wspomnieniem spotykam się z Tobą
Widzę Twoją postać, słyszę głos kochany
Żal i szkoda, że Cię nie ma, Ty byłaś osobą
Nieprzeciętną,
w Twoich książkach, w Twoich tekstach
zawsze będziesz z nami

30 sierpnia 2013 roku zmarła Zofia Chmura, moja starsza siostra, absolwentka z 1945 roku Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, Szkoły, która wychowała przedstawicieli kilku pokoleń w naszej rodzinie.

Atmosfera naszego rodzinnego domu, jaką w dużej mierze tworzył nasz Ojciec, Aleksander - były legionista, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej w 1920roku, działacz ruchu oporu w czasie okupacji niemieckiej - sprawiła, że memu rodzeństwu i mnie sprawy Polski nie były i nie są obojętne do dziś.

Zosia, najstarsza z dzieci moich rodziców, w 1942 roku złożyła przysięgę w tajnej organizacji harcerskiej "Szare Szeregi", która tworzyła przedmurze Armii Krajowej. Działała w Pruszkowskim Hufcu "Zielony Dąb", w Drużynie "Jarzębiny". Do końca życie była czynnym członkiem Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej pod pseudonimem "Maria". Po skończeniu wojny studiowała na Akademii Nauk Społecznych i Politycznych na Wydziale Społecznym.

Wiele lat przepracowała w Wydawnictwach Handlu Zagranicznego w Warszawie jako redaktor. Całe życie nie rozstawała się z pisaniem i robiła to z przyjemnością, bo było ono Jej życiowym hobby. Jest autorką kilku książek dla dzieci, licznych artykułów historyczno- politycznych, jakie zostały opublikowane w wydawnictwach Kręgu Stowarzyszenia Szarych Szeregów w Pruszkowie, w Zeszytach Historycznych Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej w Warszawie, w Przeglądzie Pruszkowskim wydawanym przez PTK-N, którego była współredaktorem.

Przez wiele lat pełniła funkcję sekretarza Zarządu Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Warszawa - Powiat. Uczestniczyła w opracowaniu Wielkiej Encyklopedii Powstania Warszawskiego , a także książki Jacka Sawickiego "Obroża w konspiracji i Powstaniu Warszawskim " . Jest współautorem książek : "Trwaliśmy przy Tobie Warszawo" - - opisującej historię konspiracji walki VI Rejonu AK "Helenów" i albumu "Miejsca pamięci w Pruszkowie". Redagowała książkę Zdzisława Zaborskiego "Durchgangslager 121 - niemiecka zbrodnia specjalna". Samodzielnie napisała książkę "Orliki" o historii pruszkowskiego plutonu AK , także Jej autorstwa są "Wspomnienia internowanego na Ural Tadeusz Bobrowskiego" - działacza Polski Podziemnej.

Została odznaczona : Krzyżem Armii Krajowej
Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi
Złotym Medalem Opiekuna Miejsc Pamięci
Medalem Pro Memoria

Pracowite swoje życie przeżyła Zosia uczciwie, pełna nadziei, że przecież prawda kiedyś musi zwyciężyć - oby nie myliła się ! Odeszła, bo taka jest kolej rzeczy. dla mnie, dla mojego brata Tadeusza odeszła z Nią część rodzinnego domu, część serdecznych wspomnień historii naszej rodziny, którą pamiętała w najdrobniejszych szczegółach i opowiadała młodszemu rodzeństwu. Szkoda Cię Zosiu , trudno mi wypełnić pustkę po Tobie, mogłaś jeszcze pobyć z nami.

- Barbara

Odszedł od nas Ks. prof. dr hab. WOJCIECH ZYGMUNT TABACZYŃSKI

[Rozmiar: 127675 bajtów]Ks. Profesor, doktor habilitowany Wojciech Zygmunt Tabaczyński rozpoczął naukę w Gimnazjum im. Tomasza Zana jeszcze przed wybuchem wojny. W czasie okupacji niemieckiej uczęszczał na zorganizowane przez Szkołę Tajne Komplety i Świadectwo Dojrzałości otrzymał w 1944 roku. Ukończył Seminarium Duchowne w Warszawie i otrzymał święcenia kapłańskie w 1950 roku z rąk kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Skromny, wyrozumiały dla ludzkich ułomności prowadził spokojne, pracowite życie prawie do końca swoich dni. Odszedł 21 lutego 2014 roku w domu swoich rodziców przy ul. Daszyńskiego 16 w Pruszkowie. Dom ten ofiarował Zgromadzeniu Sióstr Pocieszycielek Najświętszego Serca Jezusowego, które serdecznie opiekowały się księdzem przez wiele lat, do dnia Jego śmierci. Pasją Jego życia było zdobywanie wiedzy i dzielenie się nią z innymi. Wykładał w Seminarium Duchownym w Warszawie. Był członkiem redakcji czasopisma "Warszawskie Studium Teologiczne", na łamach którego zamieszczał swoje rozprawy. Piastował funkcję dyrektora Unii Apostolskiej Kleru, a także ojca duchowego w Wyższym Metropolitarnym Seminarium Duchownym w Warszawie.. Był też dyrektorem na Akademii Studium Teologii Katolickiej, prowadził Instytut Studiów nad Rodziną w Łomiankach pod Warszawą. Posiadał szeroką wiedzę, ale nigdy nie chwalił się nią, nie stawiał swojej osoby wyżej nad innymi. Skromny, zawsze uśmiechnięty i wszystkim życzliwy, był człowiekiem, z którym chciało się przebywać.

Jako Absolwent naszej Szkoły często przychodził na Spotkania Opłatkowe, czy Wielkanocne, składaliśmy sobie życzenia czując w obecności Księdza Profesora jakiś spokój i radość chwili. Środowisko Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie straciło Absolwenta o nieprzeciętnej osobowości - mądrego i dobrego o wielkiej kulturze osobistej . Wielka szkoda, bo teraz o takie cechy ludzkie coraz trudniej.

Barbara Łosiewicz - Ratyńska
matura 1953

WSPOMNIENIE O DR SABINIE CZYŻEWSKIEJ

[Rozmiar: 127675 bajtów]Dr Sabina Czyżewska zmarła 20 lutego 2012 roku, jest pochowana w grobie rodzinnym w Marysinie Wawerskim.
Z Sabinką poznałyśmy się w czasie okupacji. Nie pamiętam momentu poznania, może przez naszych braci - Ludwik Czyżewski i mój brat, Zbigniew Cisowski byli "zaniakami".
Sabinka urodziła się w Siedlcach, skąd Jej rodzina "przywędrowała" do Pruszkowa i zamieszkała w domku jednorodzinnym z ogródkiem przy ulicy Sobieskiego.
W czasie okupacji, gdy szkoły średnie ogólnokształcące były zamknięte przez Niemców, uczęszczałyśmy do Gimnazjum Spółdzielczego w Warszawie, w nim nauka była legalna.. W roku 1944 zdałyśmy małą maturę.
Na początku stycznia 1945 roku, gdy tylko skończyła się wojna, Grono Nauczycielskie z Gimnazjum im. Tomasza Zana w Pruszkowie podjęło inicjatywę legalnej nauki, o czym dowiedziałam się od księdza Skrzecza, prefekta u "Zana" przed wybuchem wojny 1939 roku. Nareszcie skończył się niebezpieczny okres tajnego nauczania. Tą wiadomością podzieliłam się z Sabinką i postanowiłyśmy uzupełnić braki w naszej małej maturze / między innymi z języka polskiego i historii / przystępując do egzaminu wstępnego do Liceum. Oczywiście trudności i niebezpieczeństwo towarzyszące zdobywaniu wiedzy w czasie wojny sprawiły, że grona nauczycielskie było tolerancyjne dla zdających.
Chyba w marcu 1945 roku obydwie z Sabinką byłyśmy już uczennicami I-szej klasy w "Zanie" , a w maju 1946 roku zdałyśmy maturę, miałyśmy otwartą drogę do dalszej nauki. W tymże roku, zgodnie z naszymi zainteresowaniami, zostałyśmy studentkami Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
W roku 1951, po ukończeniu studiów, Sabinka rozpoczęła pracę zawodową i podjęła studia doktoranckie i w 1966 roku uzyskała tytuł doktora nauk rolniczych w zakresie fitopatologii . Pracowała w rolniczych placówkach naukowych, między innymi w Regułach, Instytucie Nasiennictwa Warzywnego w Skierniewicach, całkowicie poświęcając się tej dziedzinie nauki.
Jej prace naukowe dotyczyły grzybów chorobotwórczych przenoszonych przez nasiona roślin przemysłowych, ich patogeniczności, oraz zwalczania powodowanych przez nie chorób. Prowadziła badania nad zdrowotnością i jakością materiału siewnego, odpornością badanych odmian roślin, jak też opracowywała optymalne metody diagnostyczne.

Opublikowała ponad 50 prac naukowych z zakresu fitopatologii i mykologii, wiele opracowań popularno-naukowych, podręczników. Była współautorem Encyklopedii Ochrony Roślin. W latach siedemdziesiątych odbyła szereg staży zagranicznych w NRD, na Węgrzech, w Holandii, Rumunii, czynnie uczestniczyła w krajowych i zagranicznych kongresach, konferencjach i t.p. Była członkiem Polskiego Towarzystwa Botanicznego, Towarzystwa Fitopatologicznego, Ligi Ochrony Przyrody, brała udział w licznych komisjach naukowych.
Otrzymała wiele odznaczeń państwowych i resortowych.
Mimo licznych zajęć dobrze gospodarowała swoim czasem, często spotykała się z licznym gronem swoich przyjaciół i znajomych z czasów studenckich, którzy darzyli Ją wielką sympatią i szacunkiem. Interesowała się muzyką i teatrem. Była też bardzo rodzinna. Między innymi interesowała się wnukami swego brata, Ludwika, w których rozwijała zainteresowania przyrodnicze poprzez odpowiednie książki, wycieczki, uczestnictwo w wystawach i t.p. W moim domu była traktowana bardzo ciepło. Była Ciocią Sabinką, matką chrzestną mojej córki, była po prostu członkiem mojej rodziny.
Będąc już na emeryturze, mimo kłopotów zdrowotnych pracowała społecznie w Pruszkowskim Towarzystwie Kulturalno-Naukowym jako członek Komisji Rewizyjnej, oraz w Towarzystwie Absolwentów, Wychowanków i Przyjaciół Gimnazjum i Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, jako członek Sekcji Historycznej. Zawsze można było Ją spotkać na wykładach popularno-naukowych organizowanych przez PTK-N. Jej życzliwość dla ludzi, prawość charakteru mogą być wzorem dla młodzieży.

Sylwina Cisowska - Wiewiórowa
matura 1946

Odszedłeś Zebku ... zostałeś w naszej pamięci!

18 stycznia 2012 roku odszedł od nas Euzebiusz Kiełkiewicz, absolwent naszego Liceum, prezydent Pruszkowa w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. Pamiętam Zebka z czasów szkolnych - zdawaliśmy maturę w tym samym, 1953 roku, On był w klasie "francuskiej", ja w "łacińskiej". Wysoki, przystojny, uśmiechnięty i życzliwy, był duszą towarzystwa. Stanowił obiekt westchnień wielu Koleżanek, ale wybrał tę jedyną z mojej klasy, Krysię Płodzikówną. Stworzyli dobraną parę małżeńską, dochowali się syna Pawła, dwóch wnuczek.
Upływ czasu, wydarzenia dorosłego życia, zacierają szczegóły i wielu sytuacji ze szkolnych czasów nie pamiętam. Wiem, że Zebek brał czynny udział w życiu Szkoły, uczestniczył w zawodach sportowych Liceum Zana, występował w przedstawieniach szkolnych. Ukończył Politechnikę Warszawską, wiele lat pracował w Instytucie Organizacji Przemysłu Maszynowego "Orgmasz" w Warszawie jako główny specjalista, wykładał w Ośrodkach Doskonalenia Kadr Kierowniczych w Polsce, a także dzielił się swoją wiedzą i doświadczeniami w Czechosłowacji, Rumunii, Bułgarii, na Węgrzech. Wydał szereg publikacji z dziedziny nauk technicznych.

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych minionego wieku wyjechał do Zairu (obecnie Republiki Demokratycznej Konga), gdzie przez dziesięć lat wykładał na Uniwersytecie Narodowym w Kinshasie.
Euzebiusz Kiełkiewicz

Euzebiusz Kiełkiewicz

W latach dziewięćdziesiątych, wrócił do Polski, zaangażował się w pracę społeczną na rzecz rodzinnego Pruszkowa . Jako radny był przewodniczącym Rady Miejskiej, później został wybrany na urząd prezydenta miasta, który sprawował do końca 1989 roku, po czym ponownie piastował mandat radnego. Swoją społecznikowską pasją "zaraził" też żonę , Krystynę, która także była radną naszego Grodu.

Euzebiusz, jako prezydent wiele dobrego zrobił dla miasta, dla pruszkowiaków. Życzliwy dla ludzi, chętnie pomagał potrzebującym. Zdarzało się, że swoje pieniężne nagrody przekazywał niżej uposażonym pracownikom Urzędu Miasta.

Euzebiusz Kiełkiewicz

Za Jego prezydentury w miejsce straszącego przy wjeździe do Pruszkowa wraku zaplanowanego przed laty i nigdy nie skończonego krytego lodowiska, powstała nowoczesna Hala Sportowa "Znicz", wyposażona w infrastrukturę umożliwiającą organizację zawodów sportowych w różnych dyscyplinach na skalę międzynarodową. "Znicz" był uważany w tamtych czasach za największy , kryty obiekt sportowy zachodniej części regionu.

Wiele czasu i osobistego zaangażowania ze strony prezydenta wymagała też budowa i otwarcie Ośrodka Zdrowia przy ul. Helenowskiej w Pruszkowie i w jego sąsiedztwie Urzędu Poczty Polskiej. Oba te obiekty w dużym stopniu ułatwiły życie mieszkańcom wielotysięcznego Osiedla Staszica. Prezydent Euzebiusz Kiełkiewicz zainicjował w Pruszkowie Towarzystwo Budownictwa Społecznego, które przez remont starych, a także budowanie nowych domów zwiększa możliwość korzystania z mieszkań komunalnych gorzej uposażonym pruszkowiakom. Towarzystwo to działa do dziś.

Na jedną kadencję włodarza miasta to nie mało, dostrzegamy to my, absolwenci Zana i choć już nie ma Zebka wśród nas, to będzie długo żył w naszej pamięci jako człowiek nieprzeciętny, wartościowy. Trudno nam pogodzić się z Jego odejściem, bo ludzi uczciwych i dobrych nie spotyka się często, tym większa szkoda i żal.


prof. Bogumił Retkowski

25 września 2011 roku odszedł od nas prof. Bogumił Retkowski, długoletni nauczyciel matematyki w Liceum Ogółnokształcącym im. Tomasza Zana w Pruszkowie. Żegnany na Cmentarzu Pruszkowskim przez szerokie rzesze swoich byłych uczniów, współpracowników, mieszkańców Pruszkowa, był lubianym i cenionym człowiekiem i nauczycielem.

Tak zachowała Go w pamięci uczennica, Danuta Sitarek-Parys :

prof. Bogumił RetkowskiWspomnienia o prof. Bogumile Retkowskim- długoletnim nauczycielu matematyki w LO im. Tomasza Zana w Pruszkowie moim ukochanym Wychowawcy w latach 1971-1975.

Matematyka w mojej klasie była zawsze piętą Achillesa dla większości uczniów Profesor Retkowski był surowy, wymagający, stanowczy, ale ja nigdy nie miałam kłopotów z tym przedmiotem, zawsze dostawałam oceny dobre i bardzo dobre. Jedyną rzeczą, której nie znosiłam był rachunek prawdopodobieństwa. Już wtedy dla mnie, osoby mocno stąpającej po ziemi, wydawał się ten dział matematyki jak science fiction.

Nie bałam się profesora, uwielbiałam Jego poczucie humoru. Często powtarzał "trafiłeś jak śliwką w kanalizacje", albo "idź pleść koszyki, bo matematyki to w ogóle nie umiesz". Oczywiście takie słowa padały zawsze pod adresem tych, którzy bladzi ze strachu stojąc pod tablicą nie umieli wydobyć słowa, lub mówili coś bez sensu, co nie miało nic wspólnego z matematyką. No cóż, nie wszyscy mogą być matematykami.

Pamiętam wakacyjny wyjazd po III klasie Liceum na Obóz OHP do Zakładów Mięsnych w Olsztynie. Wyjechała prawie cała klasa i przez niespełna miesiąc w zimnym magazynie nalepialiśmy etykiety na gotowe puszki konserw. W ten sposób mogliśmy mieć zaliczone "praktyki studenckie O", oczywiście gdyby zdarzyło się nam dostać na studia w następnym roku akademickim.

Pan profesor opiekował się nami jak ojciec podczas klasowych wojaży. Wiele nocy spał na korytarzu pod drzwiami sypialni dziewcząt, aby uchronić nas przed zalotami miejscowych wyrostków będących pod silnym urokiem dziewcząt z Pruszkowa. Do tej samej klasy uczęszczała córka naszego profesora, Halina, z którą przyjaźnię się do dziś. Oczywiście, otaczał Ją ojcowską opieką i troską, ale i nas, swoje uczennice traktował zawsze bardzo serdecznie i dbał o nasze bezpieczeństwo w każdej sytuacji.

Zbliżała się matura i w tym czasie egzamin z matematyki był obowiązkowy dla wszystkich. Wymagający profesor kilka osób z naszej klasy nie dopuścił do matury, trudno, musieli czekać rok na swoją szansę. Na egzaminie pisemnym z matematyki miałam to szczęście / teraz wiem, że na pewno/, że wylosowałam stolik nr.1, siedziałam bezpośrednio przed Komisją Egzaminacyjną, której członkiem był również mój Wychowawca.

Lwią część czasu przeznaczonego na egzamin poświęciłam pisaniu ściąg dla Koleżanek i Kolegów z klasy i ta nerwowa, napięta atmosfera spowodowała, że swojego, trzeciego zadania nie zdążyłam dokończyć. W mojej sytuacji od tego poniekąd zależała moja przyszłość. Przed maturą okazało się, że u Zana byłam na drugim miejscu pod względem wyników w nauce, pierwsze zajmowała córka profesora, Halina, która planowała studia na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Ja zawsze marzyłam o filologii angielskiej ze specjalnością nauczycielską.

W tamtych czasach tylko trzy osoby z najlepszymi ocenami mogły dostać się na studia bez egzaminu. Niższy stopień z matematyki na maturze mógł przekreślić moje plany, bałam się tego bardzo. To wielkie zmartwienie przerwał telefon od prof. Retkowskiego, który drugiego dnia po maturze zaprosił mnie do Szkoły aby poprawić otrzymaną na egzaminie z matematyki 4 na 5. Widocznie to 5 było potrzebne, aby bez żadnych kłopotów starać się o przyjęcie na wyśnioną anglistykę, a to nie było łatwe, bo o jedno miejsce na ten wydział ubiegało się 28 osób. Czasy były trudne, głęboki socjalizm. Młodzi ludzie nie mogli swobodnie wyjeżdżać za granicę, by doskonalić języki obce. Wydział Filologii Angielskiej należał wówczas do elitarnych, studiowały tam dzieci ambasadorów, ministrów, dziennikarzy, aktorów, ludzi z koneksjami, co sprawiło, że te studia wydawały mi się niedostępne , wręcz nierealne.

Jednak udało się, egzamin ustny z matematyki zdałam bardzo dobrze, chociaż trzy zadania do łatwych nie należały. Do dziś pamiętam, że Komisja Egzaminacyjna przed wyjściem z sali obdarowała mnie bananem, owocem w tych czasach trudnym do zdobycia. W 1980 roku ukończyłam anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim i od tamtego czasu robię to, co naprawdę kocham- uczę języka angielskiego. Przez 19 lat pracowałam w ukochanym Liceum im. Tomasza Zana w Pruszkowie, a pierwszym moim miejscem pracy po ukończeniu studiów i najważniejszym jest Młodzieżowy Dom Kultury w tym mieście, którego jestem dyrektorem od 1990 roku do chwili obecnej.
Czuję się osobą szczęśliwą i spełnioną zawodowo. Jestem przekonana, że w pewnym stopniu przyczynił się do tego prof. Bogumił Retkowski i często pytam sama siebie "... jakby się potoczyły moje losy, gdyby wtedy, w maju 1975 roku Pan profesor nie wykonał do mnie telefonu ?".